Patrycja Zarychta to artystka, która nie boi się czułości. Jej muzyka płynie z miejsca, gdzie emocje są prawdziwe, a słowa mają znaczenie. Choć wywodzi się z jazzowego świata, jej twórczość dawno już przekroczyła granice gatunków – łączy brzmienia soulowe, elektroniczne i akustyczne, ale przede wszystkim – łączy ludzi.
W rozmowie wraca do korzeni: Skarżyska-Kamiennej, lasów, które ją uspokajają, i głosu, który dojrzewał w ciszy. Mówi o tym, co poza sceną – o miłości do motoryzacji, o zimowych szaleństwach na nartach, o fascynacji psychologią. Z uważnością i spokojem opowiada o tym, jak ważne jest bycie sobą – nie tylko w muzyce, ale też w codziennym życiu. Rozmawiamy o kobiecości, o emocjach, które niosą dźwięki, i o tym, dlaczego czasem trzeba zamilknąć, by naprawdę usłyszeć siebie.
Patrycjo zacznijmy od początku. Skarżysko-Kamienna – miasto, z którego pochodzisz – nie wybrzmiewa wprost w Twojej twórczości, ale jest w niej obecne. Co nosisz z tego miejsca w sobie?
Nigdy się nad tym głęboko nie zastanawiałam, ale chyba… bardzo lubię tu wracać. Mój rodzinny dom leży tuż przy lesie. Ta bliskość zieleni to coś, co mocno we mnie siedzi. Myślę, że całe nasze świętokrzyskie ma w sobie coś wyjątkowego. Wiedziałam to od dziecka, ale im więcej podróżuję, tym bardziej to doceniam. Kiedy wracam, zauważam to wyraźniej – ta natura koi zmysły.
Czyli powrót do Skarżyska to dla Ciebie trochę jak wakacje od wielkiego miasta?
Zdecydowanie. Teraz, gdy natura się budzi, słychać wszędzie ptaki, nawet dzięcioły za oknem – to coś pięknego. Oczywiście, w Warszawie też słyszę ptaki, ale tutaj ta natura ma inną jakość. Czuję, jak wszystko we mnie odpoczywa.
A co robisz, kiedy nie jesteś na scenie, nie śpiewasz i nie uczysz? Masz coś, co nie mieści się w muzycznych nutach?
Może to będzie zaskakujące, ale jestem totalną samochodziarą. Uwielbiam prowadzić auto, interesuję się motoryzacją – chyba mam to po prostu we krwi
A zimą?
Kocham narty. To coś zupełnie innego, ale daje mi zastrzyk adrenaliny. Na co dzień jestem raczej rozsądną osobą, ale jazda na nartach to trochę jak jazda bez trzymanki.
Czyli jednak odrobina szaleństwa!
Właśnie tak! Do tego fascynuje mnie też psychologia – może dlatego, że tak mocno przenika się z muzyką i emocjami. Ale mimo wszystko, w każdej z tych aktywności gdzieś ta muzyka jest – czy jadę samochodem, czy zjeżdżam ze stoku, ja po prostu… słyszę muzykę.
Powiedziałaś kiedyś, że Twoje babcie miały różne głosy – dosłownie i w przenośni. Jakiego głosu dziś słuchasz najbardziej?
Mojego. Coraz mocniej wsłuchuję się w siebie, w swoją intuicję. Niedawno usłyszałam, że osoby wysoko wrażliwe – a myślę, że do nich należę – mają bardzo rozwinięty zmysł intuicji. I naprawdę… ona podpowiada mi dobrze. Większość decyzji, które podejmowałam instynktownie była trafna. A głosy babć? Każda z nich miała coś innego. Jedna była niesamowicie empatyczna – może aż za bardzo. Druga potrafiła z siebie wyrzucać emocje – i to ją ratowało. Ja jestem gdzieś pomiędzy. Staram się znaleźć balans. Obie były bardzo wrażliwe i czujnie obserwowały świat. To we mnie zostało.
Czy boisz się ciszy?
Nie. Lubię ją. Cisza daje przestrzeń do najtrudniejszej rozmowy – tej z samą sobą. To moment, kiedy można usłyszeć coś więcej, np: czego tak naprawdę się chce. Więc cisza i zieleń… tak, to moja przestrzeń.
Wyobraźmy sobie dziewczynę z małego miasta, która dziś śpiewa w swoim pokoju przy klawiszach – co byś jej powiedziała?
Powiedziałabym jej, żeby się nie poddawała i goniła swoje marzenia. Mogłabym też zaproponować jej udział w moich autorskich Warsztatach Muzycznych w Mostkach. Tworzę je właśnie z myślą o takich osobach, jaką kiedyś byłam. Brakowało mi przestrzeni do rozwoju mojej pasji, mam na myśli czegoś związanego z soulem, jazzem, muzyką rozrywkową. Dlatego zapraszam świetnych pedagogów z całej Polski i cieszę się, że już 12. edycja przed nami. To mój osobisty sukces.
Patrycjo, siedem lat ciszy w świecie, który nie znosi zniknięć – co się wtedy wydarzyło?
To był czas bardzo intensywny. Pracowałam nad doktoratem – to zajęło ogrom czasu. Do tego musiałam stworzyć płytę… właściwie trzecią – zanim ukazała się druga. Tak, brzmi przewrotnie. Ale to był czas dojrzewania tej drugiej płyty – chciałam, by była taka, z której naprawdę będę dumna.
W międzyczasie wydarzyło się coś trudnego?
Tak. Odeszły trzy bardzo bliskie mi osoby. To było niespodziewane. Przestałam wtedy śpiewać – na rok. Mój głos po prostu odmówił współpracy. Dałam sobie czas na przeżycie żałoby. Nie chciałam tworzyć płyty, która byłaby tylko zapisem smutku. A ten był we wszystkim.
Wtedy pojawił się utwór „Przytul”?
Tak. Wyszedł z potrzeby bliskości, ale też dał mi impuls, że jednak wiem, jak sobie pomóc. Właściwie fraza refrenu przysła do mnie sama, musiałam ją zapisać.. i od tego momentu zaczęło się coś zmieniać.
Czy miałaś moment, w którym bałaś się, że nie wrócisz? Nie tylko psychicznie, ale głosowo?
Tak. Bałam się, że nie będę już mogła śpiewać. Że to minęło. Ale… uczyłam się, że jeśli nie mam wpływu, to nie warto z tym walczyć. Praca nad sobą, nad przyjęciem tego, co przynosi życie – to była najtrudniejsza lekcja. Ale dziś wiem, że to wszystko było potrzebne. I że czasem trzeba zniknąć, żeby wrócić naprawdę. Silniejszą. I bardziej sobą.
To trochę jak u sportowców – porażka nie jest wtedy, gdy się przegrywa, tylko wtedy, gdy się nie wraca?
Zgadzam się. Może artyści są bardziej wrażliwi, ale w gruncie rzeczy też potrzebujemy tej mentalnej siły. I wracam. Z nową płytą, z nową opowieścią.
Rozmawiała Małgorzata Niewiadomska
To kolejny z nowej serii wywiadów, których bohaterkami i bohaterami są mieszkanki i mieszkańcy powiatu skarżyskiego, którzy wybili się na ponadprzeciętność i dzięki swojej pracy odnieśli sukces na arenie krajowej oraz często międzynarodowej.



Zdjęcia Izabella Kędzierska
